Zgniła brać martwy chwyta ląd Stado rąk rozerwało sny Fiolet i zakrzepnięte drwa Ciemna mgła otumania nas I w sieni tej Otaczam się Całunem myśli A spośród traw Wyłania się Posępny czort W mym własnym niebie W odległym śnie I w bliskiej chwili Już wiem, co jest Co jest prawdziwe To dzień, kiedy oddaję cześć Więzom realizmu silniejszym niż chęć Nic nie istnieje, zostaje tylko pustka Błogosławiona bezbożna otchłań