Zbutwiałe korzenie oplatają moje stopy,
gdy kroczę ścieżką, której nie wyznaczył żaden bóg
Zimne konary, jak kościste dłonie śmierci,
witają mnie w królestwie cieni i mojego własnego milczenia.
Mój oddech—para niknąca w bezkresnej pustce,
moje serce—rozrywany jak żałobny dzwon.
Niebo spękane jak blade usta trupa,
otwiera się nade mną, lecz nie obiecuje światła.
Tutaj czas jest złamanym kręgosłupem,
tutaj tylko wiatr wyszeptał moje imię
i tylko drzewa zapamiętają mój ostatni krzyk.
A krew moja wsiąka w wilgotną ziemię,
ciało opada w objęcia anioła śmierci,
a dusza? Jeśli istnieje,
niech spłonie w czarnym ogniu nicości.
to ja słyszałem szepty wśród gałęzi –
to te szepty... to prawdziwe śpiew umarłych,
to pieśń nocy, która nie zna świtu.
Las przyzywa mnie – przyzywa mnie nie głosem, lecz pustką.
Czuję, jak krew stygnie,
jak oddech zwęża się do wąskiej ścieżki pomiędzy światami.
Ostatni raz wciągam w płuca chłód wieczoru,
gdzie wiatr tańczy z martwymi liśćmi,
gdzie cienie drzew wyciągają swe kościste dłonie,
by przyjąć mnie do swego bezsłonecznego królestwa.
Las mnie pochłonie.
Jego czerń stanie się moją krwią,
jego korzenie moimi żyłami,
a jego pustka moją wiecznością.
Ostatni raz patrzę w rozgwieżdżone niebo –
czy to oczy dawno zmarłych?
Czy to gwiazdy, czy popiół?
Nie ma już znaczenia.
Bowiem leżę tu i zdycham.
Nie ma już bólu, tylko zimna dłoń nocy,
która powoli zaciska się na mojej piersi
Cisza spływa na mnie niczym całun,
który zagłusza ostatnie tchnienia,
głos rozsypuje się w popiele,
a moje myśli rozpływają się w nicość.
Nie myślę już o niczym bowiem moje myśli sprowadzają się już do niczego.
Korzenie które oplatają moje ramiona wraz z niczym i z próchnem który karmi podziemną ciemność,
Czuję, jak liście szepczą moje imię ostatni raz, by potem zesłać mnie do grobu
jak drzewa wznoszą mój requiem ku niebu.
Czy śmierć jest końcem, czy tylko zmianą kształtu?
Czy las pamięta tych, których pochłonął?
Wśród splątanych konarów rodzę się na nowo –
bez ciała, bez imienia,
bez pragnień, bez przeszłości.
Tylko las, tylko noc, tylko moja własna bezkresna pustka.
Czas przestał istnieć.
Nie wiem, ile wieków minęło, odkąd opadłem w ramiona ziemi.
Moje kości zgniły, krew wsiąkła w korzenie,
a jednak jestem… Szeptem... echem...?!
Las oddycha mną,
w jego pniu pulsuje moje milczenie,
w szumie liści niesie się moja dawna skarga.
Nie umarłem – rozpadłem się na tysiące cząstek nocy!
Jestem ślepiem w konarach,
jestem gwiazdą jestem chłodem, który przenika wędrowców którzy nadchodzą.
Ich kroki drżą na mym martwym ciele, pod mą cielesną mogiłą
ich oddechy skraplają się na mojej bezimiennej mogile.
Czy to kara, czy spełnienie?
Nie wiem już, czym byłem – człowiekiem, duchem, upiorem, cieniem?
Las nie odpowiada na moje wołania. Nikt nigdy nie odpowiada.
Tylko szepcze, pochłania, a trwa.
I tak oto stałem się częścią wiecznej nocy,
bez końca, bez pamięci, bez snu.
Wieczny i martwy.
Tak jak wszystko, co las kocha.
requiescat in pace.