Każdego dnia, świdrujący wrzask Murami doliny się toczy Ze skraju otchłani monument wzywa Najwyższy czas iść, żar lizać z betonu Gdzie Uroboros śpi Traktem królewskim wpław Brukiem, w górę strumienia Na szczycie Boga nie ma Jedynie pies małpę gwałci L’appel du vide! Szczęśliwi ci, co za głosem idą Może i mnie kiedyś zaprosi Otchłań, ta kurwa złośliwa Pustego miasta szum Znów noc się w głowach drze Z oddechem od dymu mętnym Obity wstaje świt Z absurdu w absurd Cegła po cegle Rośnie w oczach ten pomnik Garb na pogiętych plecach Ogniska już nie płoną Świątynie zaorane Im dalej w stronę światła Tym większa wiara w monument Każdego dnia łby strachem uciśnione Plują kłębami gęstymi Odłamki kręgosłupów łechtają żołądki Wołają JEŚĆ gnijące skorupy Wspomnienia kąpieli We własnych ciepłych płynach Nie niosą wstydu, a inspiracje