Nie my odlani ze spiżu Nie nam iść w horyzont Z licami blaskiem chwały rżniętymi Nie pisany nam los bohaterów Bo i z gówna bicza nie ukręcisz Z woli rośnie pleśń Z przypadku nowy dzień Piętrzą się zmarnowane szanse Oddam każdy śmiech Każdy wyrzut dopaminy I miłostkę śmieszną Za pustej ulicy zew Za każdy głuchy krok Zawisły w powietrzu Parłbym przed siebie Byle dalej Byle przerwać pętlę Co świt Szczęka znika w ranie Uśmiech tnie jak nóż Oczy jak talary Pewnie widzą więcej Gdy nam z wież wołają Pięć razy dziennie za siebie spojrzymy Nigdy w przód! Gdy na dzwonnicach alarm biją Pokłony do samych siebie z wczoraj zbijemy I po kręgach pójdziemy Z woli rośnie pleśń Z przypadku nowy dzień Piętrzą się zmarnowane szanse Jak szkło pod powiekami Jak z gromów obdarte burze, O krok od wybuchu I o krok od niczego Jak pet topiony w kałuży W piwnic podłogi tłuste Jak w Hiroshimy mury Wgryzły się nasze cienie Przyschły i bronią Uwitych z bluźnierstw gniazd W którą stronę wiszą krzyże? Gdzie góra jest? Gdzie dół? Nie my odlani ze spiżu Nie nam iść w horyzont Nie nam, więc nie wam! Z próżni odlać chęć Nadać woli pęd Zdeptać własne gardła Samych siebie ukrócić