Wystrzelony w niebo Jak pocisk z kamienia Wyrosły z jałowej Niewdzięcznej ziemi Ociosany wiatrem Bezśmiertną ulewą Z bezkształtnej bryty Na wieczne trwanie Skryte za nim niebo Sinoczerwone Skalny nagrobek Góruje nad wszystkim Zaprasza gestem Kusząc swym blaskiem Miliard świetlików Jak lśnieniem kryształu Dom umysłów zbłąkanych Gdzie każda z myśli Przyciąga wciąż bliżej Do martwych skał Na górskich ścieżkach Sypie lawina A każdą drogę Czyni taką samą Coraz bliżej nocy Chłód budzący zmysły Wyostrza wzrok W nieprzenikłym zmierzchu Bez litości Zduszając wolę Wiąże kończyny Przyciska do ziemi Wyniosłe szczyty Rzucają swe cienie Na wędrujących Przez skalne komnaty Uwolnić się raz Rozpętać z okowów Zapomnieć wszystko Wstępując w nową drogę Wyzbyć się złudzenia Nawracającego echem Jak szczyty Po wieki niezmienne Bez woli Choć czas je kształtował Z niedoli wszelkiego istnienia Bez wspomnień Chodź widziały wszystko W zimnym odwiecznym bezruchu